wtorek, 13 maja 2014

Bud Break czyli jeszcze słowo o bąbelkach u Mielżyńskiego

Bąblowe biele i róże z... wyjątkowym
francusko-włoskim rodzynkiem

Winni amatorzy i Paolo Saracco ze swoimi etykietami

Majowy Bud Break udało mi się rekordowo szybko zapowiedzieć tuż przed imprezą, ale warto - choć mija niemal tydzień - opublikować także post scriptum. Tym bardziej, że wina wciąż są w ofercie Roberta Mielżyńskiego.

Hiszpanię reprezentował tylko jeden producent - Castillio Perelada. Cavy ze średnimi bąbelkami, orzeźwiające. Może nie robiły takie wrażenia, jak Szampania, ale to mimo wszystko stosunkowo niedrogie wina. Perelada to producent-gigant wypuszczający miliony butelek (brut reserva - 6 mln sztuk rocznie). Ale już Cuvee Especial Rosado 2009 (62 zł) już "tylko" 45-50 tysięcy. Co tu mamy? Maleńkie bąble, malinowe w aromacie, nieco grzybowe w posmaku. Najlepszy stosunek jakości do ceny. Dobre. Dobrą cavą jest też Gran Reserva Gran Cloustro 2010 (84 zł).

Castillo Perelada Gran Reserva Gran Cloustro 2010

W składzie pinot noir, chardonnay, macabeo, xarel-lo i parellada. Wielkie bąble na podniebieniu. Aromaty? Białe owoce i migdały. Ale smak jakby szybko blednie. Po natlenieniu staje się jakby żelaziste. Podobno ma być jeszcze lepsze za 4 lata.

Robert Mielżyński, Grave di Stecca Brut 2011 i Valdobbiadene Superiore di Cartizze DOCG

Idźmy dalej - do stoiska Nino Franco. Nie będę już pisał dużo o Primo Franco 2012 - przyjemnie brzoskwiniowym, pozostawiającym słodkawy finisz (69,50 zł), bo warto dłużej się zatrzymać przy Grave di Stecca Brut 2011. Piękne złote wino, z bąblami wbijającymi w język i podniebienie nuty grejpfrutów, jabłek, kwiatów. W smaku złożone bogactwo. Przy tym Cartizze wydaje się nieco płaskie, ziemiste, lekko słodkie.

Champagne Lenoble Blanc de Noirs 2009

Szampania to już smakowy stopień wyżej (cenowo niestety także). Najtańszy (159 zł) Intense Brut jest jabłkowo-grejpfrutowy, lekko jakby utleniony. Przyjemny, ale jeszcze lepszy jest dojrzewający 4-lata Blanc de Blanc (178 zł). Poza jabłkami czuć w nim lekki waniliowy twarożek, poza tym grzyby i mokre kamienie. A za 90 zł więcej - dość niebotyczna to kwota 268 zł - mamy Blanc de Noirs 2009. Szampan z pinot noir, ale tym się różni od innych braci, czym różni się Arnold Schwarzenegger od Conchity Kiełbasy.

Champagne Lenoble Rose

Też wąski w talii, ale w barach 17 razy szerszy! W Blanc de Noirs mamy głębię, męski charakter, moc, jabłko podprawione przyprawami, może balsamicznością. Każdy łyk przynosi inne doznanie. Rose (199 zł) jest przy tym jak Sharon Tate - łososiowe, a nie prostacko różowe, cienkie, delikatne, jak muśnięcie.

Champagne Deutz Brut Millesime 2006

Deutz... ech. Trzeba spróbować po innych winach, potem na chwilę choć wrócić do prostych i raz jeszcze się wspiąć. Spróbowałem sześciu "szampanów" i jeśli już mam wybrzydzać, to zrobię to tak: napiszę, że leciutki Brut Classic (169 zł) miał małe bąbelki i był rześki jak agrest, który nie ma jeszcze włosków. Acha, ma jeszcze najbrzydszą etykietę - jakaś szarość z granatem (nie wybuchnie). Etykietę borowikową ma za to Deutz Brut Millesime 2006 (218 zł) i już jest lepiej - złote wino, o świetnej kwasowości, długich nogach po wewnętrznej ściance kielicha. O tym, że to ostatnie wino świata, już pisałem - sam producent nie ma ich już na składzie, bo się rozeszło na pniu. W nosie piękne owoce - egzotyka, a na podniebieniu ładna kwasowość, choć ostrożna. Nie tak wielka jak w Blanc de Blanc 2008 - tu jest dopiero bąbel i rześkość! I cena też równie wielka jak bąbel - 278 zł.

Cuvée William Deutz Brut Millesime 2000

Lepsze już są tylko bąble z roku milenijnego. Cuvée William Deutz, Brut Millesime 2000. To już jest nie gałąź z owocowego sadu, ale cały orzechowo-warzywny ogródek, w upalny dzień. Takie tu bogactwo. W smaku miód i złożoność. I to taka zaje...fajna!

Champagne Deutz Rosé Brut Millesime 2002 - do ostryg!

Na deser miłość. Amour de Deutz 2005 (579 zł!) to słodkości kwiatowo-miodowe, o delikatnych bąblach niosących na plecach tropikalne kandyzowane cukiereczki. Piłbym - gdyby mnie było stać - na deser. Ale gdybym miał wybrać coś do owoców morza, to postawiłbym na Rosé z 80-letnich krzewów (80 proc. pinot noir i 20 proc. chardonnay). Koncentrat prześliczny, koloro łososiowy, a całość grzybowa, lekko nawet mięsna (boczuś). Maleńka, delikatna perlistość. Nalane do kielicha wydaje się bardzo gęste i ma świetny długi finisz!

Saracco Prasué Chardonnay 2013

Na koniec powrót do Włoch i spokoju w winie. Paolo Saracco z Piemontu, produkujący 600 tys. butelek Moscato d'Asti (49,80 zł) - spójnego pysznego delikatnie musującego słodziaka, o wyrównanej kwasowości (i 140 g cukru na litr), częstował także niszowym Prasué Chardonnay 2013. Niszowe, bo 6 tys. butelek rocznie, w barwie bardzo jasnej, lekko słomkowe, opalizujące, jakby pozbawione filtracji. Proste owocowe.

Włoski Francuz czyli Saracco Pinot Nero 2010

I jedyny czerwony rodzynek - Pino Nero. Francuski szczep przywieziony z Burgundii i zasadzony we włoskiej ziemi. - Moim marzeniem jest mieć włoskiego burgunda i to marzenie spełniam - uśmiecha się Paolo Saracco. Pinot Nero to roczna produkcja rzędu 12 tys. butelek. Pierwszym rocznikiem był 2003, ale to było 11 lat temu. Pinot Nero 2010 jest w smaku lekko naftowy, charakterny jak prawdziwy "burgund", a aromacie boczkowy, ale i... balsamiczny "po włosku"!

Mascato d'Autunno 2013 i jego twórca - Paolo Saracco

Na koniec Mascato d'Autunno 2013 - wino, które Paolo Saracco komponuje w marcu. A przymierza się wcześniej. Po zbiorach najlepszych gron z parceli, są one tłoczone, potem trzymane do marca w osobnych zbiornikach. W chłodzie (-3 st. C), który uniemożliwia fermentację. Najlepsze próbki są dobierane, mieszane i razem fermentowane.

Gotowa całość ma ładne mikrobąbelki. Jest troszkę jakby słodsza niż zwykłe d'Asti, na pewno bardziej aromatyczna i bardziej kwasowa. - Za każdym razem powstaje inne unikalne wino - mówi Paolo. - Kosztuje o euro więcej niż zwykłe Moscato d'Asti.

Pomyśleć, że to tylko 5,5 proc. alkoholu, a tyle radości nie rujnującej kieszeni jak te wszystkie wspaniałe, rozbuchane bąble z Szampanii. Ale cóż, wszyscy kochamy bąbelki!


Degustowałem na zaproszenie importera

Argentyna w warszawskiej Żurawinie

Biel, bąbelki i czerwień

Bąbelki po argentyńsku - Finca La Linda Extra Brut

Maj miesiącem Argentyny w warszawskiej Żurawinie. Właśnie wróciłem po wieczorowym spotkaniu zorganizowanym przez sommeliera Mariusza Naporę, z uroczymi gośćmi - panią ambasador Patricią Salas, jej sympatycznym mężem Nelsonem panią Anną Drągowską oraz PoWINOwatymi - Olafem, Pawłem, Patrycją i Roksaną.

Finca La Linda Extra Brut

W atmosferze wieczornego tanga udało się spróbować trzech win Luigi Bosca, które są w majowej karcie Żurawiny - Musującego wina Finca La Linda Extra Brut, Finca La Linda Viognier oraz czerwonego Finca La Linda Corte Reservado 2009, Malbec Syrah.

Pierwsze (50 proc. chardonnay, 50 proc. semillón) okazało się świetnym wstępem. To przyjemne lekko gorzkie wino musujące, orzeźwiające pełne kamienistości, z nutką gorzkich migdałów, z lekką kwasowością, trochę miodowe w tle. Szkoda, że 109 zł w karcie, ale nie na co dzień mamy takiego fajnego Argentyńczyka! Poza tym w maju rabat na wina kupione na wynos 20 proc.!


Finca La Linda Viognier

Biała etykieta Viognier (79 zł w karcie restauracji) to bez wątpienia najlepsze wino wieczoru - super owocowe, morelowe, ale i kwiatowe. Tu już migdał w smaku i to taki, że... don't cry for me Argentina! Nieco słone, oleiste, ładne strukturalnie. A jednocześnie to wyjątkowo lekkie wino - 12,8 proc. alkoholu. Z takim wydawało by się zakamuflowanym kwasem, który potem jednak w finiszu - długim niczym Argentyna z północy na południe - dochodzi do głosu...
 
Finca La Linda Corte Reservado 2009, Malbec Syrah
 
Finca La Linda Corte Reservado 2009, Malbec Syrah (jest też tu 20 proc. merlot - butelka 99 zł w karcie) w swój czas jeszcze nie trafiło - mam na myśli, że to jeszcze w smaku tak młode wino! Zielone, zdecydowanie paprykowe w nosie, choć jest też czerwony owoc i super taniny - choć te lekko odseparowane, pieprzne troszkę i korzenne, ale stojące jakby w drugim szeregu. W ustach dość szkieletowe, wiśniowe, jakby czekające na trzyletnią drzemkę w piwnicy! Podejrzewam, że o wiele lepszy jest młodszy kuzyn - Malbec Carinae 2011 z 85-letnich i 90-letnich krzewów (tańszy o 10 zł). Kto chce spróbować, Żurawina czeka!
 

 
Wina degustowałem na zaproszenie gospodarza

poniedziałek, 12 maja 2014

Post Scriptum: Touraine Chenonceaux "Armel" 2012 od Les Pierrines

Wino i ludzie jak laleczki

Caroline Simier i Fabrice Delaunay z Domaine des Pierrines z Touraine Chenonceaux "Armel" 2012

Na każdym winnym pokazie ktoś elektryzująco przyciąga uwagę. Czasem magik, alchemik, cudotwórca, czasem ekscentryk, wesołek - dbający o świetny przekaz marketingowy. Na zeszłorocznej Langwedocji organizowanej przez Winicjatywę (ta winnica była także w tym roku) takimi osobami byli Francois-Manuel Delhon i jego żona Jacqueline z Domaine de Bassac - wytatuowali sobie wąsy na wewnętrznych stronach palców, zupełnie takie same, jak na ich flagowym winie Le Manpot, a na tegorocznej degustacji French Wine Discoveries takimi osobami byli Caroline Simier i Fabrice Delaunay z Domaine des Pierrines, z Doliny Loary. 
O ich musującym Dans les Etoiles pisałem przy okazji wpisu o szampanach i innych bąbelkach. Pomyślałem jednak, że warto im poświęcić parę słów - bo ich przykład pokazuje, jak ciekawie można zacząć budować wizerunek winnej marki.

- To wy? - zapytałem, wskazując na etykietę win Domaine des Pierrines. Są na niej dwa korkociągi stylizowane na postać męską i kobiecą. A raczej na laleczki - chłopca i dziewczynkę. Są też na "standzie" (czy jak tam nazywa się to ustrojstwo, które mają na stanowisku). - Tak, to my! - uśmiechają się Caroline Simier i Fabrice Delaunay. Oboje rzeczywiście są jak laleczki. Fabrice ma najwyżej 168 cm wzrostu, Caroline o 10 albo i 12 mniej. Uśmiechnięci. Mają razem dzieci, choć nie są małżeństwem. - On trochę nie chce się żenić - zwierza się Coroline, gdy Fabrice częstuje dwa metry dalej jakiegoś gościa. 

Nie tylko młodo wyglądają, ale chcą także odmłodzić wizerunek wina - sprawić, by stało się kumpli, przyjaciół, ale też przyjemnością. I o ile o Bordeaux też można by tak mówić, to pijąc wino znad Żyrondy wyobrażam sobie raczej dwóch nobliwych bankierów, a w przypadku des Pierrines raczej zbuntowanych studenciaków - synków owych bankierów, biesiadujących z koszykiem pod filarami mostu na Sekwanie w Paryżu.

Tym bardziej, że wino des Pierrines nie odstrasza ceną. 5 euro kosztuje Touraine Chenonceaux "Armel" 2012 (50 proc. malbec, 50 proc. cabernet franc - całość fermentowała razem w betonowych kadziach) - flagowy produkt. Całość W aromacie czarne owoce i pieprz, a w pierwszym wrażeniu smaku zaskakująco jedwabiste. Całość kompleksowa i ładnie ułożona, w finiszu znów dochodzi do głosu przyprawowość. Taniny całkiem przyjemne, szybko zanikające. Wprost przeciwnie niż te dwie korkociągowe laleczki patrzące na mnie z etykiety!

niedziela, 11 maja 2014

French Wine Discoveries 2014 - na czerwono

Południe pobiło na głowę całą resztę!

Monsieur Roger Jeanjean reprezentujący Domaine de l'Argenteille i Millesime Sud i Château St Eulalie La Cantilène AOP Minervois La Livinière 2011

Czas na zamknięcie rozdziału o French Wine Discoveries 2014. W poprzednich dniach opisywałem wina białe i szampany (z nielicznymi musującymi), zostawiając sobie na koniec właśnie czerwone - z Burgundii, Langwedocji, Roussillon, Doliny Rodanu, Cahors, Prowansji, Gaskonii i Bordeaux.

Domain Petit Jean: Cotes d'Auxerre 2010

Domain Petit Jean reprezentowały dwa delikatne burgundy - Cotes d'Auxerre 2010 i Les Boisseaux 2012. Pierwsze o lekko benzynowo-owocowym zapachu, lekkim kolorze i ostre. Młodsze wino było jeszcze bardziej owocowe - jak kompot: wiśniowe, bardzo pestkowe, z lekkim aromatem skóry. W smaku zaś bardzo ostre i kwasowe - będzie pewnie ciekawe za 5 lat. Teraz nie bardzo.


Domaine Saint Andrieu: W L'oratoire 2011

Domaine Saint Andrieu: W L'oratoire 2011 dominował cabernet sauvignon (wino kupaż z syrah). Poza czerwonymi owocami w aromacie obecna kreda, ale też leciutkie fiołki. Wino jest pieprzne, taniny są ładnie wtopione, całość jest kwasowa - może jeszcze za dużo, może za młode?
Château Sénéjac Haut Médoc 2006
Podobnie za młody wydał mi się Château Sénéjac Haut Médoc Grand Vin de Bordeaux - choć to już rocznik 2006! W kolorze pięknie już zbrązowiały na obwódce, ale dość delikatny i bardzo lekki jak na Haut Médoc. Owocowy, ale wciąż jeszcze mocno szypułkowy! Jakby najlepsze miał jeszcze przed sobą!

Château La Nauze Premium Rouge 2010

Wyjątkowo ciekawe jak na Bordeaux okazało się Château La Nauze Premium Rouge (syrah i merlot). Obydwa w smaku bardzo przyprawowe, pieprzne i  kwasowe, a w aromatach głęboko owocowe. Rocznik 2010 podobał mi się bardziej niż 2009 - ten był zbyt taniczny, zbyt ściągający i cierpki. IDentité (95 proc. merlot i 5 proc. petit verdot) było ciut zbyt piwniczne w smaku, choć bardzo przyjemne w aromacie - czekolada, kakao, okrągłość!

Domaine Saint-Lannes: Côtes de Gascogne Cuvée du Pic du Jer 2011

Gaskonia ujmowała lekkością, choć nie zachwycała. Domaine Saint-Lannes i jej Côtes de Gascogne, Cuvée du Pic du Jer 2011 trochę było powściągliwe, ale za to kwasowe, z rozwijającymi się stopniowo taninami. Leciuchne jeszcze bardziej było Côtes de Gascogne Les Peyrades - lekko pieprzne, ale jeszcze bardziej pozbawione tanin.
 
MJ Charlotte 2013 i MJ Candice 2012

Z Ventoux przyjemne były też dwa wina z Domain de Tara: Terre d'Ocres 2013 AOC Ventoux - to akurat młodziutkie, lekkie, pełne owocu, absolutnie pieprzne. Drugie o wiele lepsze - Hautes Pierres 2010 AOC Ventoux (80 syrah, grenache, carignan) - już ciemne, niemal fioletowe, dobrze ułożone jak solidny lokaj we francuskim dworze! Rok starzone w beczkach, o aromacie czarnych porzeczek i wiśni, z nutką anyżku, o pięknym finiszu... Michele Follea zapewnia, że może czekać 10 lat w piwniczce!

Hautes Pierres 2010 AOC Ventoux

Ale najwspanialsze okazy pokazała Langwedocja i Roussillon. Z Domaine Chemin Faisant zachwycało Côtes du Roussillon Villages Tautavel MJ Candice 2012 - proste, lekko cierpkie zgrabnymi taninami, leciutko beczkowe, do tego przyjemnie skoncentrowane, absolutnie nie przegrzane, bez żadnej megawanilii.
BIO Casots 2012 AOP Côtes du Roussillon
Les Vignobles du Sud Roussillon - kooperatywa trzech producentów - miała trzy bardzo ładne etykiety czerwieni. Dość dziwne w aromacie BIO Casots 2012 AOP Côtes du Roussillon, za to o świetnej śliwce w smaku i balsamiczności w finiszu. Cuvée du Gouverneur 2012 (50 proc. wina starzone w stali, połowa w beczce) - o troszkę dyskretnym owocowym aromacie, aksamitnym smaku i przyjemnej kwasowości i... perełka - Les Aspres 2012 Pierre d'Aspres! Kupaż syrah, grenache noir i carignan.
Les Aspres 2012 Pierre d'Aspres
To ostatnie to jest dopiero wino! Cudowne aromaty czarnych owoców, jagód, czarnych porzeczek, może troszkę lukrecji. Pierwsze odczucie smaku - słodycz, ale to po prostu pełnia ekstraktu. W smaku pełnia - nie tylko winnej duszy, ale i pikantność, pieprzność, kwasowość przyprawiona świetnie wyważonymi taninami.
Clos de Lort Vieil AOP Faugères 2010

Monsieur Roger Jeanjean reprezentujący Domaine de l'Argenteille i Millesime Sud przywiózł tylko czerwone wina - większość była znakomita. O różnych charakterach. Clos de Lort Vieil AOP Faugères 2010 (grenache 35 proc., 30 proc. carignan, 30 proc. syrah, 5 proc. mourvèdre) lekkie, bez koncentratu, ale ładnie złożone i pieprzne. W nosie pojawia się cały kompleks czarnych owoców.

Domaine de l’Argenteille Garric AOP Terrasses du Larzac 2012

Domaine de l’Argenteille Garric AOP Terrasses du Larzac 2012 - chyba jedno z najlepszych win tej degustacji! Całość o fioletowym połysku, jest wspaniałe, w aromacie nieco kwiatowe, nieco cynamonowe, gorące. W smaku pięknie złożone - choć to syrah, mourvèdre i carignan noir, to ma coś z ostrego charakteru pinot noir. Jest troszkę jak dzikus ze słonecznego kraju!


Château St Eulalie La Cantilène AOP Minervois La Livinière 2011

Na pewno nie gorsze było Château St Eulalie La Cantilène AOP Minervois La Livinière 2011 (55 proc. syrah, 20 proc. grenache, 25 proc. carignan). Trochę chyba mniej tu południowego żywiołu. Raczej pełne ekstraktu, owoców w aromacie, z tostowym przykryciem. Wino przesiąknięte taniną, taką przyjemnie drzewiastą, ale całość nie jest przesadnie "zielona". Kto wolał wina typu burgundzkiego, mógł spróbować French Baguette, IGP Pays d'Oc Merlot Cabernet 2012. Tylko pytanie - czemu nie próbować wspinać się ku słońcu?!

Następna degustacja French Wine Discoveries (organizowane przez Wine4Trade) pewnie za rok - szkoda, że tak długo przyjdzie czekać. Bo organizacja była bardzo dobra - wielka przestrzeń hotelowej sali balowej, mnóstwo czasu na rozmowy z przedstawicielami winnic, nikt nie gonił, nie popędzał, nie przeganiał. Dla winiarzy z pewnością mordęga i ciężka harówa, ale dla gości - niezwykła przyjemność!

piątek, 9 maja 2014

Brazylijczyk ze słońcem z Biedronki. Na tle błękitu - 5 pkt.

Salton Flowers


Półka - na wysokości piersi
Gdzie i czemu tak drogo - Biedronka i 17,99 zł (zakup własny)
Do Ideału? - Jeszcze trochę brakuje!

Błękit nieba za oknem tego wymagał - fotografii białego wina. Najlepiej by wyglądało szczerze powiedziawszy jakieś złote sauternes, ale… niech wystarczy słomkowy Salton Flowers z owadziego dyskontu. To część nowej oferty - win z Nowego Świata, która teraz dominuje na półkach (ale spokojnie - stara oferta też jeszcze stoi).

Brazylijskie wina ma mega długą nazwę, choć ze śledztwa gogle wynika, że to Salton Flowers Demi-Sec. Z jednej z największych brazylijskich wytwórni. Tyle, że z inną etykietą, przygotowaną zapewne na nasz rynek. Nie ma za to rocznika, ale co tam - nie o rocznik chodzi. 

Chodzi o duch wina na lato - ot, takiego edelzwickera, oczywiście o klasę słabszego (ale i trzykrotnie tańszego), od tego, którego miałem przyjemność latem degustować.

Generalnie czuć, że to młoda mieszanka moscato, malvasii i gewurztraminera. W dodatku o dość niskiej zawartości alkoholu - 11,5 proc., świetny na upały, brzoskwiniowo-jabłkowy, leciuchny i nie zmuszający do zadumy, do poszukiwań głębi.

Kwasowość to się pojawia dopiero, gdy wino jest ciepłe i ma jakieś 9 stopni. (Może to cierpkość, ale może być), wówczas też jest lepszy finisz. Polecany niby do owoców morza, ale chyba bym bardziej wybrał do owocowej sałatki!


Winiacz na 5 punktów w 7-punktowej skali!

 

czwartek, 8 maja 2014

Dziś u Mielżyńskiego - 8 maja, godz. 17.00

Wieczorem spróbuj bąbelków!

Robert Mielżyński i bąbelki Nino Franco

Post na szybko, bo i okazja dzisiejsza - szybka. O godz. 17.00 Bud Break u Mielżyńskiego przy ul. Burakowskiej w Warszawie (jutro Poznań). Pięciu wspaniałych producentów - Champagne Deutz, Champagne Lenoble, Nino Franco, Perelada i Saracco.

Od tego ostatniego producenta koniecznie spróbujcie Pinot Nero - czyli Burgund z Piemontu - męski, cielisty, z benzynowo-mięsnymi nutami. Panie (i amatorzy słodkości) będą zachwycone słodkimi Moscato d'Asti!

Warto też spróbować szampanów Deutz 2006. Ostatnie butelki na świecie - producent ostrzega, że wykupione już z magazynów niemal w całości. Świetne też jest Prosecco Primo Franco 2012. Pycha i klasa sama w sobie!

Prosecco Primo Franco 2012

P.S.
Szerzej o winach wkrótce!!!

Sycylijczyk bardzo południowy i wręcz doskonały - 7 pkt!

NeroBaronj Sicilia I.G.T. Nero d'Avola 2004


Półka - nieznana
Gdzie i czemu tak drogo - Salute.pl i 139 zł (próbka nadesłana przez importera)
Do Ideału? - DOSKONAŁOŚĆ!!!

Drugie już wino, które mam przyjemność sprawdzić z oferty importera win włoskich Salute. W odróżnieniu od poprzedniego (bardzo dobre Chianti Classico Contessa di Radda) to pochodzi z południa Włoch - a w zasadzie z Sycylii. I to jej najbardziej na południe wysuniętego rogu. 

Nero d'Avola to charakterystyczny dla Sycylii szczep, z którego powstają czerwone wina rozpalone słońcem - nasz NeroBaronj też! Producent - Gulfi - pisze, że parcela, na której rosną grona, jest wysunięta bardziej na południe niż Tunis, ok. 50 m nad poziomem morza. Nic dziwnego, że tyle w tym winie słońca i gorąca! 

Wino ma już 10 lat - stąd piękny kolor - w zasadzie czerwony, ale przykryty taką delikatną bordową suknią. W kielichu widoczne brązowe obwódki. Jak pachnie? Po prostu znakomicie. Aromat jest głęboki, mocny, niemal duszący. Bardzo wielki - wystaje świetnie poza kielich. Bardzo kompleksowy - czarna porzeczka i konfitury.

Co mi to przypomina? To, co kiedyś - gdym dziecięciem był - odnalazłem w przykurzonym kredensie w piwnicy (stał tam jeszcze drewniany magiel!). Za małymi drzwiczkami stały omszałe słoiki z datą - żebym nie skłamał chyba 1971 lub 1974. W środku były absolutnie jadalne konfitury, które po otwarciu tchnęły tym czymś, czym tchnie Neobaronj! Może to nie wino jest konfiturowe, ile konfitury zamieniły się w wino! Tu owoc też zmienił się w platońskie wino.

Czego tu jeszcze - poza tym, co wymieniłem - nie ma! Jest też stajnia - piękna, łagodna, ziemista, i czekolada, i goździki. Beczka? wino było w niej od 18 miesięcy, ale nie ma żadnej prostackiej wanilii. Na stronie salute.pl o tym winie czytamy, że zniknie za dwa lata, ale to zupełnie inna "beczka" niż z hiszpańskich okazów.

W smaku w pierwszym dotknięciu ust wydaje się skoncentrowane, ale po chwili napływa taka kwasowość, że wywraca do góry całe pojęcie, które nam się ukształtowało, gdy zanurzaliśmy w kielich jedynie nos. Dobra, zostawiam na noc…
 
Na drugi dzień fenomenalne - nic się nie zmienia. Chociaż zaraz, troszkę może łagodnieje, może jakby pękała wierzchnia skorupka - zostaje samo jądro! Taniny są pięknie wtopione - ale to tak niedostrzegalnie, jakby były nie z tego wymiaru. Wino dnia trzeciego też smakuje bardzo dobrze, choć już wybijają się nuty balsamiczne, bardziej ziemiste niż owocowe i leciutkie octowe.

139 zł to z pozoru sporo. Ale nie wydaje się wygórowaną ceną za wino, które pozwala poczuć żar Sycylii, które pasuje do najciężej i najostrzej przyrządzonych mięs, które ma w sobie tyle pierwiastka czystej ziemi.


Winiacz na 7 punktów w 7-punktowej skali!