niedziela, 3 listopada 2019

Europa na winnych szlakach. Od winnicy do winnicy

Tomasza winne opowieści

Tomasz Prange-Barczyński ze swoją książką i Ewa Wieleżyńska, naczelna "Fermentu"

Są winopisarze, których proza emanuje nie tylko winem, ile różnymi materiami, zaszytymi w DNA winnej gawędy. U pana Marka to czas, przemijanie, zaskoczenie; u pani Ewy - to delikatność, zdziwienie i walka o godność; u Tomasza to swoisty notatnik - łatwy do przyswojenia - łączący wspomnienie ulotnej chwili, wrażenie wywołane winem czy potrawą, zadziwienie i praktyczne porady. Nad tym wszystkim stoi oczywiście ciekawość człowieka, który za tym winem stoi. I o tym właśnie Tomasz Prange-Barczyński napisał książkę wydaną przez wydawnictwo Pascal: Europa na winnych szlakach. Od winnicy do winnicy.

Jest co czytać w jesienne wieczory

To czytające się jednym tchem 22 gawędy - o krainach, winach i ludziach, które za nimi stoją. Nieprzeładowane na szczęście technicznymi szczegółami, bo kogo w sumie (poza praktykami) interesuje miareczkowanie drożdży, wyliczanie proporcji siarczanów czy techniki zatapiania nowych beczek... Jeśli u Tomasza jest o terroir, to raczej w kontekście smakowania wina na miejscu, wraz z lokalnymi potrawami. I o głodzie - nowych pozycji w menu, nowych smaków, nowych wrażeń... 


Autor podpisuje książki. Dedykacje w starym, dobrym stylu: z datą i miejscem!

O tym głodzie opowiadał, w salce degustacyjnej Mielżyńskiego na Burakowskiej, sam autor. Przytaczając swoje doświadczenia z pierwszych w życiu spotkań z winem i winiarzami, o przygodzie z Beaujolais Nouveau, o nadziejach i kolejnych wyprawach, które okazują się wraz z mijającymi latami wstępem do nowych historii, o których pewnie kiedyś jeszcze poczytamy. Oby!


Rydze z mamałygą. Pyszne danie z kuchni Roberta Mielżyńskiego 

Po dyskusji o książce miałem przyjemność uczestniczyć w lunchu, na którym podano niektóre z etykiet, które Tomasz opisywał, w towarzystwie wspaniałych dań z kuchni Roberta Mielżyńskiego. Rydze z mamałygą do rieslinga to jest to!

 Gnocchi w dyniowym kremie! Super!

Do gnocchi na sosie dyniowym natomiast świetnie pasowało wino, po które Robert Mielżyński sięgnął "nadprogramowo" - austriackie Chardonnay Velich Darscho 2015. 


Velich Darscho 2015. Cudowne wino!

Złoto w kielichu wskazywało na to, że oto dostaniemy coś skoncentrowanego. Tak i nie! Z jednej strony znakomite świeże wino, z drugiej - rzeczywiście mocarne, pełne, krągłe. Ale zarazem ostre w swej wybitnie wysokiej kwasowości. Świetnie uzupełniające smak podanych potraw!

W spotkaniu uczestniczyłem na zaproszenie Tomasza Prange-Barczyńskiego i Roberta Mielżyńskiego.

sobota, 2 listopada 2019

Czy można białe wino trzymać 6 lat? Myrtusa można!

Myrtus Furmint Szaraz 2013



O węgierskich tokajach Myrtus opowiedział mi Andrzej Wojciechowski, wyjątkowy pasjonat węgrzynów (od niedawna prowadzi blog Smaki Tokaju). Że nieodkryte, że gładkie, dobre, "niespopolitowane". Kupił, przysłał. Rzeczywiście. Miał rację: gdzieś zawieszone w pół drogi między winem świeżym, a lekko utlenionym; wydało się zrazu świeże i kwasowe. Ale uwielbiam eksperymenty. Potrzymać, przechować, sprawdzić po kilku latach...

Gdy dwa lata temu jechaliśmy w grupie blogerów do Tokaju, Myrtusa otworzył jeszcze na polskiej ziemi Jerzy. Wydał się... nieco odległy od wyobrażeń o czystym furmincie. Jakby lekko przykurzony, zamglony... To nie była trzynastka.

Trzynastkę otworzyłem kilkanaście dni temu. Białe wino mające sześć lat! Mnóstwo "zwykłych" win znawcy radzą wypić jak najszybciej - w roku produkcji, następnym. No, może jeszcze w kolejnym. Ale sześć lat?! 

Z Myrtusem nie ma problemu. Stało się lekko oleiste, pełne, jabłkowo-gruszkowo (z bardzo małą nutką wosku), ale... jest czyste, wciąż kwasowe. Może nie tak szkliste jak niemieckie rieslingi, ale to naprawdę świetny tokaj wytrawnym wydaniu. Jeśli spotkacie, bierzcie śmiało!


  

wtorek, 17 września 2019

Winne wspaniałości ze Strasbourga. Vins d'un Cantalou à Strasbourg

Un Cantalou à Strasbourg

Ludzi nie ma na zdjęciu tylko dlatego, że bar jest już zamykany. O północy w powszedni dzień!

Niedawna służbowa wizyta w Alzacji była dla mnie okazją do spaceru po pięknym Strasbourgu. I oczywiście okazją do zauważenia - trochę przypadkiem - jednego z najlepszych (przynajmniej według internetowych przewodników) winebarów w tym mieście - Un Cantalou à Strasbourg.

Kilka stolików przed lokalem, w środku także. Wina sprzedawane na butelki, ale także i na kieliszki z enomatików na kartę - zupełnie jak w nieodżałowanym Win'sky w naszej Warszawie. Można próbować w trzech różnych pojemnościach: 30, 60 i 100 ml. Oczywiście z kieliszków drogich i luksusowych - Riedla! 

Po niedawnej mojej wizycie w jednym z krakowskich winebarów, który nie zachwycił ofertą wina na kieliszki, godzina z okładem spędzona w Un Cantalou była jak objawienie. Choć próbowałem tylko i wyłącznie win już załadowanych przez obsługę baru. Opisuję kilka najlepszych win z Alzacji, choć dla porównania spróbowałem także i coś z Burgundii. Ale wiadomo, co Alzacja, to Alzacja! No, dobrze, dodam jeszcze perełkę z Niemiec. Tylko dlatego, że jest to szczep, który w tanim wydaniu nie robi na mnie absolutnie żadnego wrażenia. Ale po kolei...


Domaine Loew Riesling Grand Cru Altenberg de Bergbieten 2017
2,70 euro za 30 ml. Złoty riesling - pełny w smaku i aromacie. Czuć lekkie utlenienie, ale jednocześnie na języku rozrabia bardzo wysoka kwasowość. Jest poza tym akcent rustykalny - trochę słomy i siana, trawy. Taki trawiasty sierpień, a nie zimowy magazyn szkła (jak to w przypadku wielu rieslingów znad Renu). To wino jest lekkie i pełne powietrza, choć ma też sporo ciała.


Josmeyer Grand Cru Hengst Riesling 2014. Ceny nie zanotowałem, ale coś koło 4 euro za 30 ml. W aromacie także zielono-trawiasto-tropikalny. Szparagi i trawa. W smaku bardzo wyraźne nawiązanie do gorzkiego grejpfruta i nieco ciała. Wolałbym poprzednika, choć ten ma wyraźnie więcej świeżości.


Florian et Mathilde Beck-Hartweg Cuvee Lily Grand Cru Frankstein 2017
To wino biologiczne, niefiltrowane. W zasadzie biała reprezentacja Alzacji w środku: Riesling (30 proc.), Pinot Gris (30 proc.), Gewurztraminer (20 proc.) i Pinot Blanc (20 proc.). Fajne. W wyglądzie jak lemoniada. Mętne. W smaku zadziwiająco pełne. Ale i czyste. Biały melon, jabłko, grejpfrut (ten dojrzały). Nazwane Cuvee Lily na cześć córki winiarzy. To częsta praktyka - że wspomnieć TiTi Tibora Gala. I tak się złożyło, że... Florian i Matylda Hartwig byli właśnie na zewnątrz baru. Udało mi się z nimi porozmawiać i namówić do zdjęcia. Oczywiście wraz z samą Lily!

Florian, Lily (w chuście) i Matylda Hartwig ze swoim winem

Najlepszy z rieslingów - Kientzler Riesling Grand Cru Geisberg 2016. Tylko 4,20 euro za 30 ml. Mistrzowski, mega kwasowy riesling jako diament w pierścionku zaręczynowym miejscowej księżniczki. Żadnej miękkiej gry. Żadnej trawiastości. Mega kwasowość. Czystość i szkielet wina. Zaledwie trzyletnie, ale sądzę, że po 20 latach będzie świetne. W Londynie za równowartość 200 zł butelka.


Teraz trochę z innej beczki - czyli alzacka czerwień. Domaine Albert Mann Alsace Pinot Noir "Clos de la Faille" 2012. 8,50 euro za 30 ml. Internet wskazuje, że wino do Polski sprowadza Winoteka13, ale w ofercie brak. Bardzo, ale to bardzo dobre wino. W aromacie jest anyżek, cukier, jest lekko palony karmel. Po chwili dopiero wychodzi waniliowa beczka. Może jest jej pozornie za dużo, ale wino zrobione wspaniale! Bo oto po chwili pojawia się też rustykalna stajenka. W smaku wytrawna, lekko drzewna tanina.


Teraz wino, przy którym odpadłem. Veronique & Thomas Mure Clos Saint Landelin Pinot Noir 2012. Według portalu Winesearcher kosztuje ok. 138 zł. Ale doznania oferuje jak za 5 razy więcej! Są w aromacie truskawki i śliwki. I balsamico. Wino w barwie już brązowe. Jak brunello. Kwasowość dojmująco szkieletowa - punktowo wbijająca się w kubki smakowe mojego podniebienia. Jest też lekka obórka. Jest tanina akuratna. Jest głębia. Wszystko ułożone w punkt!!! To Kontemplacyjne wino. To takie Pinot Noir, które pokazuje prawdziwą klasę tego szczepu.



I teraz czas na wisienkę na torcie. Na niemieckiego Spatburgundera. Czyli Pinot Noir, tyle że w niemieckiej wersji. Zazwyczaj te wina dostępne w Polsce za znośne pieniądze (do 100 zł) są dla mnie niepojętym fenomenem. Ludzie się nimi zachwycają, a ja wącham, piję i działa to na mnie jak marihuana. Czyli wcale. Ale Weingut Friedrich Becker Rechtenbacher Spatburgunder 2013 uderzył we mnie jak Gołota tego tam (nie pamiętam) w krocze. 14 euro za 100 ml. Dużo, ale wrażenia nieziemskie. Nie-niemieckie. Z początku truskawka i tanina. Przyjemna i lekka. Ale potem cała feeria aromatów: boczek, anyżek, skóra, mech, biblioteczka w starym domu... Kontemplacyjne wino, jakiego nigdy pewnie nie spotkacie!



I żałujcie! No, chyba że odwiedzicie Un Cantalou à Strasbourg. W samym sercu miasta. 

 Ech, ta piękna Alzacja...




środa, 19 czerwca 2019

Pyszności Tokaju, jakich też możecie posmakować!

Jedźcie w sierpniowy długi weekend na Bor, Mamor, Benye!

To tylko próbka. Tokaj to winiarska potęga - także dzięki naszym przodkom. Szkoda, że wciąż mało u nas takich win

Nie mogło się lepiej wydarzyć. Zorganizowana przez Maćka Nowickiego (Winicjatywa, Ferment) degustacja win z Tokaju przypadła w taki dzień, że Furmint i Harszlevelu - dwa charakterystyczne węgierskie szczepy - idealnie wpasowały się w gorącą aurę. Czekały na nas w bryłach lodu w gościnnych progach Mielżyńskiego na Burakowskiej, a pod wieczór zerwał się lekki wiaterek. Zupełnie jak ten, który omiata krzewy w okolicach Erdobenye...

No właśnie, bo to taki zwiastun zaplanowanego na długi sierpniowy weekend w Erdobenye 11. już festiwali Bor, Mamor, Benye - pełnego muzyki, poezji i wina. Wiecie, może węgierską poezję ciężko rozumieć, ale muzykę zrozumiemy łatwo, a wina już bez żadnego problemu. Taką mam nadzieję! Nie będę tu zawodził, że większości Tokaj kojarzy się ze słodziakami, a przecież są tam takie wspaniałe wytrawne okazy... Spokojnie! Słodziaki też będą :) Takich też spróbowaliśmy, ale po kolei.




Zaczynamy od rozbujania wahadła. Wahnięcie w lekkość: Préselő Habzo Hars 2018 - wino musujące z winnicy pasjonata, który porzucił pracę w telekomunikacyjnej korporacji i wyjechał robić wina. Bardzo dobre nawiasem mówiąc. To jest bardzo proste i leciutkie. To może być - a może i powinien - być wstęp do wrót Tokaju. Taki przedsionek. Nie ma tu zbyt wiele ze starego Tokaju, ale jest nowoczesność - prostota na kremowym osadzie. Bardzo urocze wino!



I wahnięcie w stany ciężkie... Zupełnie na innym biegunie stoi Sanzon Furmint Hars - Czyli 2/3 Furminta i 1/3 Herslevelu. Bogate, oleiste i mocne. A jednocześnie bardzo kwasowe i mega mineralne. Gdy wącham, a potem piję, to mam wrażenie, że jestem tylko punkcikiem w jakimś wielkim spektrum. Supergalaktyce tak z milion razy większej niż Filary Stworzenia. To jest wino nie tylko na lato, ale na jesień i na zimę, i na wiosnę. Proszę włączyć Vivaldiego i słuchać!



Teraz będzie bardziej typowo. Bardon Meszes Furmint 2016 - To wino o mega gorzkim grejpfrutowym charakterze. Jest mocne i mineralne, a jednocześnie bardzo delikatne. To ulotno-zwiewna strona Tokaju.




Wosk i miód - może w formie echa, tła, przebłysku czy może kalokomanii (nie tak wyraźnie jak w alzackich Pinot Gris) znajdziemy w Budahazy Fekete Kura 2017. Ten charakter, nieco ciężki - ale przywołujący tradycję - jest tu obecny. Jest oczywiście pod tym płaszczem także świeżość, jabłko, gruszka.


Jeden z tokajskich indywidualistów - Robert Peter - to twórca pomarańczowego wina z furminta: Abraham Maceras 2017. O roczniku 2015 pisałem jakiś czas temu. To dla mnie była bomba. Taki "wektor Z" na układzie współrzędnych, jaki wytycza np. Sonzon. Ale Abraham to tokajski freak, który w roczniku 2017 się moim zdaniem poddał. Zrobił półmaraton zamiast Iron Mana. Maceras nie powinien mieć lisa, tylko... chomika. To wino delikatne i nad wyraz klarowne. Jabłkowe, ze skalistym wyraźnym akcentem. Bardzo kredowym. Cień tego, co było w piętnastce. Warto, ale jeszcze bardziej warto spróbować piętnastkę.


Wracamy na tory spokoju. Illes Pince Tokaji Furmint 2016 - wzorcowy wytrawny tokaj. Bardzo herbaciany, jabłkowy. Czysty i modelowy. Może nieco przez to bezbarwny, ale jest coś tu z wzorca metra.

Półwytrawność, którą jakże uwielbiają nasi. Beres Tokaj Jóbarat Cuvee Semi Dry 2018. Jest tu biały kwiat i perfum. Lekkość. I miękkość. To jest takie kobiece wino. Ładne, krągłe. Naprawdę bardzo przyjemne.



Ja jednak wolę tę grejpfrutową goryczkę w Illes late Harvest 2017. Jest
Jest tu ładna słodycz, bardzo lekka, z bardzo kwiatowym
charakterem, podbitym kwasowym grejpfrutem. 

Oni patrzą na to, co będzie w sierpniu! Pamiętajcie 15-18.08!

A teraz największa niespodzianka. Ktoś z winnych blogerów zapytał, czy to jest reprezentacja win. - Nie, po prostu wzięliśmy to, co jest pod ręką - odpowiedział jeden z producentów (nie pomnę który). To, co będzie na festiwalu, może być jeszcze czymś lepszym!

Wina degustowałem na zaproszenie Macieja i winiarzy z Tokaju!


poniedziałek, 10 czerwca 2019

Hiszpania z pasji architekta: Vinodelsol

Hiszpania z pasji architekta: Vinodelsol

Maciek Skupiński - architekt, wegetarianin, miłośnik hiszpańskich win


Mam jakieś nieodparte wrażenie, że gdy u nas za wino bierze się ktoś, dla kogo wino jest pasją, taką prawdziwą, a nie "core biznesu" jak dla pewnych osób to wychodzi to nad wyraz świetnie. No, oczywiście nie wszystkich rzecz dotyczy, na przykład taka Winkolekcja... oj, zaraz... ta firma też weszła w wino przez przypadek... (słabo będzie więc z wyjątkami, ale pewnie istnieją). Przykładem takiego człowieka z pasją jest Maciek Skupiński, architekt z zawodu, prowadzący praktykę od lat w Hiszpanii. Tam projektuje i buduje, podczas pracy i po niej (no wiecie, jak to w Hiszpanii - sjesta goni sjestę :) ma okazję pozwiedzać ten jakże zaskakujący kraj w poszukiwaniu winnych ciekawostek. Sprzedaje je w sieci w sklepie Vinodelsol.pl. I z takimi się dzięki pomocy Sebastiana podzielił z blogerami w Kraken Rum barze.




Ruiz-Clavijo Dominio O'Secreto to albarino o 13-procentowej zawartości alkoholu. Ale... w ogóle tego nie czuć. Grona zebrano z hektarowej parceli. Po fermantacji w stali pozostaje 5 miesięcy na osadzie, a potem co najmniej dwa miesiące w butelce. W aromacie jest bardziej mineralne niż kwiatowe - w smaku łagodne, ale jednocześnie słone, pełne w strukturze. No i ma przepiękną etykietę! Cena wysoka - 90 zł - ale warto! Powstało tylko 6 tys. butelek. Co jak na Hiszpanię jest produkcją niemal butikową. 6 punktów Winiacza jak nic!



Nieco więcej niż połowę tej ceny (49 zł) kosztuje Pardevalles Albarin Blanco 2017. Z gron Pardevalles, nieco przypominających charakterem Olivier Irsai: bardzo aromatyczny trawiasto-ziołowo-owocowy. Coś ma z Sauvignon Blanc, choć tu jest więcej lekkości i mięty. Wino jest soczyste, lekkie - świetna propozycja na taras, na aperitif, na upał, do zielonych sałat bez ciężkich sosów balsamicznych (no, z lekkimi...). Dla mnie 5 punktów Winiacza.


Wydawać by się mogło, że Chardonnay to nuda. Ale nie jeśli stanowi tylko 10 procent, a ta większość to Verdejo. Tak jest w Soto y Manrique La Ouestra 2016 (62 zł). Parcela to gleba wapienna i piaszczysta, otoczona lasami sosnowymi. Czyli słabo = mogą powstać wielkie wina. I tu orkiestra gra bardzo ładnie! Bo oto wino jest oleiste, treściwe, z mnóstwem aromatycznych akcentów - jest mnóstwo drobnych iskierek kwasowości, jest aromatyczny landrynek szczypiący w koniuszek języka, jest po chwili głębia. Były tu i zbiornik stalowy, i starzenie w beczkach, i w amforach. To wino poradzi sobie i jako wino kontemplacyjne, i jako gastronomiczne do mięs z białymi sosami! Szóstka Winiacza!


Ten sam producent w Naranjas Azules 2017, winie już nieco wiekowym (100 proc. Garnacha), pokazuje, że atutem może być świdrująca kwasowość, czego w różach do tej pory nie doświadczałem. Marzę o tym, by spróbować świeżego egzemplarza, bo siedemnastka ma już szczyt chyba poza sobą - ale wciąz poradziłaby sobie z aromatycznym stekiem z tuńczyka - a uwierzcie, mało które wino sobie z tym radzi! (42 zł).


Pardevalles Rosado (45 zł) ze szczepu Prieto Picudo to już klasyczny tarasowiec. Ma tak intensywny kolor, że jeśli podacie go ósemce znajomych, to czworo z nich będzie przekonane, że dostało czerwone wino. Jest przy tym rzeczywiście winem w połowie drogi. Jest tu łagodność czerwieni, ciężko doszukać się różowej uszczypliwości (kwasowość jest średnia), ale mocno schłodzone, w zroszonym kieliszku, naprawdę będzie pięknie wyglądać na waszym tarasie postawione na alabastrowej balustradzie. Przysięgam! W końcu wybór architekta :)




Rafael Cambra La Forcalla de Antonia (53 zł) to lekka czerwień. Ze wskrzeszonej cudem w 2011 r. odmiany Forcallat, która kojarzy się nieco z Gamay. Jest lekkość, jest szypułkowa zielona taniczność, drzewność, kwasowość wychodząca po dłuższej chwili i razi wszystko, co stoi jej na drodze! Bardzo fajna czerwień na upały - uniwersalna, charakterna. Jestem bardzo ciekaw, jak zniosłaby próbę czasu. Jak zmieni się za 3-4 lata? Dziś na pewno Winiaczowa 5 z plusem!


Finca los Frailes 1771 z rocznika 2014 (102 zł) to biodynamiczna produkcja. Etykieta nawiązuje do 1771 roku - kiedy to przodkowie właścicieli weszli w posiadanie winnicy. Tu w aromacie do głosu dochodzą lekko stajenne nuty, ale w smaku ich nie ma. Roczne dojrzewanie gron Monstrell z 70-letnich krzewów, w 700-litrowych beczkach dało wino "dwoiste", strukturalnie całkiem potężne i aromatyczne. Piłbym do steków, do ciemnych mięs! Dobra Winiaczowe 5 z plusem!



Do steków będzie też pasować Raiz de Guzman Crianza 2012 (67 zł). Czyste Tempranillo o łagodnym, charakterze. Lekkie, podszyte balsamicznym tłem. 15 miesięcy w beczce nie odcisnęło się szczególnym waniliowym piętnem - wciąż czuć tu ładny owoc! Winiaczowa 5!


Stopień wyżej stoi Juan Manuel Burgos Avan Vinedos Viejos (74 zł) z Ribera del Duero. 80-letnie krzewy winorośli i 18 miesięcy dojrzewania w beczkach dały wino bardzo ładnie złożone: jest tu zarazem lekkość i dojrzałość. Skoncentrowany jeżynowy owoc spotyka się z mchem, leśną ściółką i ładnie zintegrowaną wanilią, niemal niewyczuwalną. Wspaniała propozycja do sezonowanych steków! I Winiaczowa 6!

Wina próbowałem na zaproszenie importera

Tak napisali o nich inni:

Zdegustowany

Winne Okolice 

 

poniedziałek, 25 marca 2019

Ach ta Kalifornia... Ironstone z 2013. Daje radę?

Ironstone Reserva Chardonnay 2013


Są takie momenty, kiedy trzeba wybrać. Miałem taki moment. Jadąc przez Kalifornię u boku Najlepszej z Żon, z ześrubowaną trzy tygodnie wcześniej nogą, musiałem wybrać: zwiedzimy winnice, próbując i słuchając o krzewach, glebie i terroir albo pojedziemy przed siebie, byle chłonąć wszystko dookoła i połykać mile, zatrzymując się w miejscach tych jedynych... No tak, winnica to też miejsce niepowtarzalne, ale jednak tu krzewy, tam krzewy, tanki, beczki, gleba...


Gdzieś na wschód od Sacramento. Daleko od Ironstone. Ale co zrobić!

Przed drogą do Napa skręciliśmy w lewo, nad Lodi przemknęliśmy jakieś 40 mil na północ... A tam Ironstone. Wino, które nieodmiennie robi na mnie wielkie wrażenie. Tak jak zrobiło na seminarium Discover California Wines cztery lata temu. Oraz nieco później na degustacji win kalifornijskich

Tym razem w posiadanie butli Estate Crown Reserve 2013 (importer Vine Avenue) wszedłem drogą wymiany za inne białe wino z Europy. I to są zupełnie inne smaki, inne klimaty... Tu jest beczka. I co za tym idzie, palone masło, kremowość, może lekkie utlenienie, ale wciąż z przywiązaną rześką kwasowością. To wszystko na osnowie owocowej - jabłkowej, melonowej. Tylko 8 tysięcy butelek rocznie, co jest produkcją jak na USA niemal butikową. Świetne wino do tłustych ryb i makaronów w białych, śmietanowych sosach.

Ale ja tym razem piłem hedonistycznie - bez psucia wina jedzeniem. Tak jak czasem uwielbiam :)

Wino na 6 pkt w skali Winiacza!

wtorek, 19 lutego 2019

Różany półsłodziak, ale przyjemny! Kochajmy gewurze!

Goldschild Gewurztraminer 2017


Są takie wina, o których mamy przekonanie - my, "średniozaawansowani winopijcy" - że to taki kwiatek do kożucha, że może lampkę, że za nudne, że nie pasuje do pory roku, że za słodkie... itp. Takich win "za..." robi się coraz więcej - wrastają one w naszą świadomość, a może i jeszcze głębiej, i tkwią tam powodując niemałe spustoszenie. 

Ja tak mam trochę z Pinot Gris (ale za Nals Margreid i Ostertaga dałbym się pokroić) oraz z Gewurztraminerem. Tego ostatniego uważam za tak aromatyczny szczep, że po kilku kieliszkach z rozkoszą napiłbym się piwa. No dobra, źródlanej wody. 

A tymczasem dzięki uprzejmości Anny Gmurczyk z Niemieckiego Instytutu Wina wpadła w moje ręce - w ramach smakowania win aromatycznych z Niemiec - butla moselskiego gewurza z oferty Waldipolu. To półsłodkie wino o zaledwie 9 proc. alkoholu.

Z etykietki wygląda zupełnie niepozornie, ale po nalaniu do kieliszka robi wrażenie! Jest lekko złoty kolor, jest w aromacie róża i liczi - ale to zestaw nienapastliwy! Jest także troszkę moreli i sporo wyraźnych akcentów woskowo-miodowych. A w smaku dopiero pokazuje całą swoją złożoność - kwasowość o dziwo jest wyższa niż wskazywałyby na to nuty woskowe. Cukier też jest całkiem spory, ale nie jakiś horrendalny - całość jest bardzo dobra! 

Przyznam się, że otwierałem z duszą na ramieniu, bojąc się właśnie eksplozji różano-pudrowo-cukierkowej tępej nachalności. A znalazłem wino skoncentrowane, ale lekkie; słodkie, a jednak podbite pięknie kwasowością. Spróbowałem do kurczaka pieczonego na ostro (takiego trochę tex-mex) i sera z niebieską pleśnią - i to były strzały w dziesiątkę! Po pierwsze wyrzućmy uprzedzenia, a po drugie - kochajmy gewurze!