niedziela, 14 marca 2021

Turnau. Powrót po latach

Wielkie beczki, elegancki musiak i tajemnica czasu

 
Główny budynek winiarni pod gwiezdnym niebem (fot. O.Kuziemka)

1881 - ta data widnieje na starej stodole, która jest symbolem Winnicy Turnau. Odnowionej oczywiście wielkim nakładem sił i środków, o czym kiedyś dawno temu pisałem. Od czasu postawienia tej oryginalnej budowli minęło już 140 lat. Niemal półtora wieku, a od mojej z kolegami blogerami ostatniej w winnicy wizyty - minęło zaledwie pięć... Pamiętam jak smakowały wina po raz pierwszy prezentowane w Warszawie. Podczas gorącego wiosennego wieczoru. Były słodkie, mocno owocowe, świeże, radosne. Tegoroczny powrót do winnicy - po tych ledwie pięciu latach - pozwolił na konstatację, że nawet tak krótki interwał ma znaczenie i całkowicie odwraca wszystko, co jest naszym doświadczeniem. 

 
Nowy budynek już prawie gotowy
  
Winnica Turnau w Baniewicach (zachodniopomorskie) jest jedną z największych w Polsce. Ma w sumie 34 ha - a czego ponad 27 okala jeziorko, które działa jak piec akumulacyjny. Gdy jest lato, gromadzi ciepło, gdy nadchodzi zima - oddaje je, co chroni przed mrozem. - Dzięki temu my mamy jeszcze miękką ziemię, a w innych miejscach ziemia jest zmarznięta - mówi Jacek Turnau, który oprowadza nas po posiadłości.

Niebezpiecznie robi się podczas wiosennych przymrozków, ale na to zaradzić pomagają... wysokie na kilka metrów wiatraki. Napędzane mocą traktorów potrafią spowodować ruch mas powietrza w winnicy. - To podnosi temperaturę o dwa stopnie. I wystarczy - mówi Jacek. 

Winnica z lotu ptaka. Widać jeziorko i wiatraki (fot. O. Kuziemka)

Katarzyna Kasicka opowiada o tym, jak zeszły rok był trudny, chłodny - zbiory solarisa były w połowie października zamiast w połowie września. Ale po winie, które wciąż jeszcze leżakuje w stalowych zbiornikach, tego nie widać. Próbujemy je do obiadu - solaris z kadzi 11c. Sporo cukru resztkowego, jeszcze mętne, ale już czyste, kwiatowe. 

 
Solaris prosto z kadzi 11c - jeszcze przed filtrowaniem

Inwestycje u Turnauów wydają się nie mieć końca. Taki biznes - zresztą nic dziwnego: wino ma być lepsze i lepsze. Gdy byłem tu pięć lat temu, stał tylko budynek główny. Dziś w zaawansowanym stanie budowy jest kolejny - już teraz widać, że choć nowy, to architektonicznie spójny ze stodołą z 1881 r. Przed frontem charakterystyczny dla Turnauów kształt. 

 
Stalowe tanki w winiarni (fot. O. Kuziemka)

Przybyło też beczek! Podczas naszej poprzedniej wizyty były w zasadzie tylko 225-litrowe barriques do starzenia win. Dziś stoją tu wielkie beczki do fermentacji - po 1200 litrów, ze stalowymi wkładami do kontrolowania temperatury. 

 
1200-litrowe beczki do fermentacji (fot. O. Kuziemka)

Największa ma 4800 litrów - w niej fermentował i leżakował Riesling. W oddzielnej hali stoi linia do butelkowania. A jest co butelkować - bo Turnauowie wypuszczają co roku ok. 150 tys. butelek wina. 

 
Turnau Classique Brut

Najnowszym dzieckiem jest wino musujące - Classique Brut. W pięknej smukłej butelce, z elegancką owijką ze złoconej folii. Skład jakże odmienny od prawdziwych szampanów - 30 proc. Pinot Noir, 20 proc. Chardonnay, ale aż 50 proc. Seyval Blanc. 

Wino dojrzewało 11 i pół miesiąca na osadzie. Powstało w sumie 7 tys. butelek. Jeszcze świeże, z delikatnymi bąbelkami, szczupłe, ale aromatyczne. Bardzo orzeźwiające. Oczywiście ze względu na krótki czas dojrzewania na osadzie ciężko szukać komplikacji, to Jacek Turnau nie wyklucza, że w przyszłości pojawią się okazy dłużej dojrzewające na osadzie. A za chwilę stwierdzimy na własnych podniebieniach - próbując kilka roczników Seyvala, że ten szczep świetnie radzi sobie z upływem czasu.

 
Seyval Blanc - przegląd roczników. Od lewej 2019, 2018, 2016 i 2014 (fot. O.Kuziemka)

Seyval Blanc 2019 - najbardziej złote wino w kieliszku. Aromat od razu "uderza po nosie" - są ananasy i ciepła szarlotka. W smaku biały melon i trawa cytrynowa oraz nieco grejpfrutowa goryczka. Cukru mało - najmniej ze wszystkich nas próbowanych Seyvali (7 g cukru na litr). Jest sporo ciała, choć w finiszu wino dość krótkie.  

Ale już Seyval Blanc 2018 (30 g cukru na litr) jest bardziej skomplikowany, choć na pewno już mniej aromatyczny. Ale za to wydaje się bardziej kwasowy - w sumie nic dziwnego, bo jest go więcej - 8 g na litr. Całość ładnie dostrojona - choć raczej w rejestr win półsłodkich. Wino wydaje się bardzo gastronomiczne - do sushi jak najbardziej!

Seyval Blanc 2016 to największa niespodzianka - próbując w ciemno, orzekłbym, że to... kilkuletni Riesling. Pełno tu nut petrolowych, jest też wyraźna kwasowość, choć w stosunku do młodszego wina zaokrąglona. Cukru wciąż sporo - bo 21 gramów. Dzięki temu po chwili robi się rodzynkowe, z tłem tropikalnych suszonych owoców. Świetne wino, którego - o ile nie zrobiliście zapasów - dziś nie kupicie.

Najstarszy z dostępnych - Seyval 2014 - który podczas warszawskiej premiery wydawał się wręcz różany, dziś stracił tę wielką kwiatowość. Już czuć tylko w zasadzie drugorzędowe aromaty, ale wino otwiera się bardzo długo. Gdzieś po godzinie wychodzą kandyzowane owoce - w smaku pojawia się przyjemna harmonia. To wino wymaga czasu - każdy kwadrans przynosi coś innego. Zresztą, dwa ostatnie wina są przykładem tego, że
upływ czasu może być wielkim dla wina błogosławieństwem. 

Ale czasu - napowietrzania - wymaga też Riesling 2019. W ciele szczupłe, smukłe. W aromacie eleganckie, pełne cytrusów i jabłkowego tła. Po półgodzinnym oczekiwaniu przyjemnie mięknie. Wino leżało 10 miesięcy w dużych beczkach.

Chardonnay 2019 - wzorcowa elegancja. Więcej tropikalnych owoców, więcej ciała. Pełne i nie różniące się od kuzynów z Francji. Świetne wino z Polski!


Ambré 2018 - modne ostatnimi laty wino pomarańczowe

Ambré 2018 - tzw. wino pomarańczowe - z białego szczepu, ale bardzo długo - bo tygodnie - macerowane na skórkach winogron szczepu Solaris. W aromacie jest miód, wosk, nuta rozmarynu i herbaty. Taniczność świetna, zmuszająca ślinianki do pracy. Kwasowość niewielka, ale... to jakby zupełnie nie grało roli. Jak zniesie upływ czasu? Zobaczymy. 

Próbujemy!

Cabernet 2019 - kupaż trzech cabernetów - cantor, cortis i dorsa. Dwa tygodnie macerowania na skórkach, a potem 10 miesięcy w nowych dębowych beczkach o wypaleniu średnim plus. Bardzo ciemny kolor, bardzo aromatyczne - czuć wiśnię, porzeczki, pieprz, kakao. W smaku szczupłe, po kwadransie pojawia się wyraźna słodycz (cuktu ok. 5 gramów na litr). Wino nieco jeszcze za młode - ale jak znam konsumentów Turnaua - szybko zniknie z półek sklepów stacjonarnych i online. Oby po to, by otworzyć za 5-6 lat!

 
Winnicę Turnau odwiedziliśmy podróżując toyotą camry!


wtorek, 29 grudnia 2020

10 musiaków zamiast. Jeśli nie szampan na Sylwestra, to co? (cz. 2)

Od Cavy po Clairette 

Jeszcze kilka dni na poszukiwanie czegoś na sylwestrowo-noworoczny toast. O fajnym winie już pisałem, ale dziś kilka typów "musiaków", które nie są szampanem, ale mogą go całkiem udanie zastąpić - szczególnie jeśli nie każdy przepada za winem z okolic Epernay!

Allini Prosecco 2019 DOC Brut Treviso (Lidl)

Allini Prosecco 2019 DOC Brut Treviso (Lidl) - Prosecco to z pewnością najbardziej popularny w Polsce rodzaj musiaka. Najtańsze okazy kupimy już za jakieś 20 zł, za najdroższe - ze wzgórza Cartizze w Valdobbiadene już kilka lat temu trzeba było zapłacić ponad 100 zł. Tu próżno szukać komplikacji z Cartizze. Ale jest to, co lubią tygrysy i raperzy - złota butelka! Jest owoc, ale i lekka skórka od chleba. "Nos wpadający" w cytrusy i melony. Wino sprawia wrażenie lekko ciasteczkowego! Cena koło 40 zł.

Bepin deto Conegliano Valdobbiadene Brut 2019 (Centrum Wina)

Ale możemy wejść stopień wyżej. Bepin deto Conegliano Valdobbiadene Brut 2019 (Centrum Wina 72,99 zł). Tu już "noblesse oblige" czyli więcej charakteru niż eteru. Bepin jest ostrzejszy w aromacie. Ma małe bąbelki. Tu już czuć większą komplikację niż w Allini, nie ma prostego jabłuszka, ale jest nieco grejpfruta. I ładna koncentracja, więcej kwasowości, i przede wszystkim jest długie w finiszu! To jest bardzo dobre Prosecco w segmencie do 100 zł. 
 

 
Freixenet Cava Brut Gran Seleccion (Biedronka)

Freixenet Cava Brut Gran Seleccion (Biedronka, 26,99 zł). Cava to dla mnie taki przedsionek prawdziwego szampana. Najlepsze smakowo (i niekoniecznie cenowo) mają surowy charakter, mocne drożdżowe nuty, nieco surową goryczkę, cechuje je czasem - w odróżnieniu od szampanów - pewien brak miękkości, ciasteczkowości, słowem: szampańskiej finezji. Owoc jest tu, w odróżnieniu od Prosecco, bardziej szorstki. Tu - we Freixenecie Brut - mamy świeżość spod znaku grubo ciętych skórek jabłek, w smaku lekkie dotknięcie cukru. Spore bąble na początku, później malejące. Tło nieco imbirowe, finisz średnio długi, ale za to cena niezbyt dotkliwa.

Castillo Perelada Stars Organic 2017 (Centrum Wina)


Więcej wrażeń za więcej grosza - czyli Castillo Perelada Stars Organic 2017 (Centrum Wina 70 zł). Tu jużto, co jest cechą droższej Cavy: fajna komplikacja i wielkie bąble. Jest całkiem sporo ostrej żyletkowej drożdżowości. Wino ma długi finisz, owoc jest oczywiście zredukowany, ale to naprawdę dobre wino na sylwestra. Taki kompromis do 100 zł - i dla konesera, i dla laika.

Rebmann Cremant d’Alsace Brut (Leclerc)

Ale wróćmy w stronę miękkości czyli Rebmann Cremant d’Alsace Brut (Leclerc, 34 zł). Tu 12,5 proc alkoholu. W aromacie gorzki grejpfrut. Ma średnie bąbelki i jest tu coś zarazem delikatnego i wycofanego. Wino ma średni finisz, ale przypadnie do gustu fanom "krainy łagodności".

Purple Heron Chenin Blanc (Lidl)

Coś zupełnie z innej beczki - czyli Afryka. Purple Heron Chenin Blanc (Lidl, 59,99 zł). To wino o ogromnym ciele. Pijąc je, mam wrażenie obcowania z dżinem z butelki. Jakbym zasiadł do wieczerzy z potężnym Zulusem. Jest w tym winie pewna metaliczność, jest ogromny aromat zieloności. Do tego dochodzi spora kwasowość. Mam wrażenie, że to coś innego niż wzorzec próbowania: Prosecco-Cava-Szampan. Ale warto to poznać!

Marchese Antinori Franciacorta Tenuta Montenisa (Centrum Wina)

Teraz Franciacorta - "włoski szampan", którego nie zna wielu Włochów. Większość chyba nawet. Marchese Antinori Franciacorta Tenuta Montenisa (Centrum Wina, 139 zł). Wino bardzo bliskie szampanom. leżakowało na osadzie 30 miesięcy (Szampany muszą co najmniej 15, choć są i takie, co leżą o wiele dłużej). W promocji kosztuje 112 zł. Najpierw czuć aromat żabiego stawu. Delikatne uwalnianie aromatów autolitycznych - jest orzechowe i ma sporo ciała. Trochę prochowości i krzemienia jak z francuskich białych Pouilly... Kwasowość niezbyt wysoka, ale jest pewna zieloność,palone masło i ciasteczkowość. Całość spójna, ładna, krągła. Uwielbiam i szczerze polecam!
 
Ferrari Brut (Centrum Wina)

Ferrari Brut (Centrum Wina, 176 zł). Drogo, bo wiecie - Ferrari. Jest sporo ciała! Świeżego, a zarazem gęstego. To wino ma coś wspólnego z cavą. Ma mnóstwo ciała i mnóstwo jabłkowości. Całość jest niezwykle spójna. Owoc jest średnio kwasowy, nie ma brzytwiastej drożdżowości, ale dla mnie to świetna alternatywa Franciacorty.

Clairette de Die Biologique (Lidl)

I teraz dwa słodziaki - będą się świetnie komponować, o ile nie smakujecie w sylwestra krewetek, tylko szarlotkę od cioci. Dwa razy Clairette! Pierwszy - Clairette de Die Biologique (Lidl, 35 zł). Słodkie wino musujące, pełne w aromacie słodkich owoców. Jest gruszka i ananas. Trochę żywicy jakby pod spodem. Zaleta druga - wynikająca z niskiego cukru - 7,5 proc alkoholu. Ale w odróżnieniu od wielu "potworków" w rodzaju igristoje - to wino nie jest przykre i nie ma chemicznego posmaku!

Jaillance Clairette de Die (Leclerc)

Drugi - nieco droższy słodziak - to Jaillance Clairette de Die (Leclerc, 38 zł). Te trzy złote robią różnicę. Wino ma nieco bardziej dyskretniejszy aromat. I mniej cukru niż poprzednie. Czuć też więcej kwiatów i brzoskwiń. Charakterystyczna nuta muszkatu jest może nie obezwładniająca, ale bardzo wyraźna. Całość jest przyjemnie spójna. Polecam!

Większości win próbowałem w towarzystwie Roberta i Sebastiana. Oto typy Sebastiana


niedziela, 27 grudnia 2020

Jeśli nie szampan na Sylwestra, to co? (cz. 1)

Dr. Loosen Dr. L Riesling Sparkling Sekt

- Co by tu kupić na Sylwestra?! - zaczepił mnie wczoraj kolega z pracy. - Jakiś szampan, ale nie taki drożdżowy, nie taki "szampanowy" - dodał, gestykulując. Przebiegłem myślami. I bingo! - Ale szampan? Może nie szampan, ale musujące wino, o nieco innych aromatach, na pewno nie drożdżowych. Czyli Riesling, czyli Sekt!

Przed nami kilka dni na polowanie na bąbelki. Ostatnich dni przed zmianą tego fatalnego 2020 roku na (mamy nadzieję!) lepszy 2021. Z wyborem nie należy się spieszyć, bo i tak najkorzystniejsze zakupy poczynimy właśnie pod koniec grudnia. Taka wojna nerwów. Importerzy "musiaków" w Polsce jakieś 5-8 ostatnich dni grudnia mają tak jak (w normalnym, nie-epidemicznym roku) mieszkańcy Jastarni przez lipiec i sierpień. A im bliżej północy 31 grudnia, tym taniej. Zdążycie. Poczytajcie, "z czym jeść" różne bąbelki.

Wyżej wzmiankowanemu koledze doradziłem coś z Niemiec dzięki pewnej interesującej degustacji on-line zorganizowanej przez Niemiecki Instytut Wina (o Sektach z pasją opowiadał Tomasz Prange-Barczyński, red.nacz. Fermentu), w której nie zdołałem przez nawał obowiązków uczestniczyć. Zresztą, butelki kurier dowiózł 3 dni później...  Cóż nawał pracy. 

Kolega nie lubi drożdżowego posmaku, a wielbiciele najsłynniejszego gatunku wina na świecie za nim przepadają. Mało tego, niektórym mało 15 miesięcy przepisowego dojrzewania na drożdżowym osadzie. Mało im nawet 36 miesięcy! Ale w przypadku tego Sekta - Dr. Loosen Dr. L Riesling Sparkling - nie ma obaw o drożdżowość.

Pamiętajcie, nie każdy niemiecki Sekt będzie drożdżowego posmaku pozbawiony, bo mnóstwo producentów robi wina musujące metodą szampańską, choć nie mogą używać tej nazwy.

Sekt Dra Loosena nie został wyprodukowany metodą szampańską (wtórna fermentacja na osadzie drożdżowym w butelkach), tylko metodą Charmata - w kadzi, w której kontakt z drożdżami nie odciska na winie tak dużego piętna. Są bąbelki - przynajmniej na początku. Za to od razu czuć zamiast charakterystycznego szampańskiego aromatu spod znaku skórki od chleba i ciasteczek - świeżość spod znaku owoców egzotycznych oraz skórek od jabłek. Bąbelki ulatują w średnim tempie, po pewnym czasie zostaje nam bardzo przyjemny, lekko słodki (18,8 g cukru na litr przy 8,5 g kwasu) Riesling. Nada się doskonale do wielu dań na świątecznym stole - począwszy od ryb, poprzez owoce morza, po niezbyt słodkie ciasta.

Wino dostaniecie w sklepach sieci Vininova. Ja swój egzemplarz otrzymałem dzięki uprzejmości Niemieckiego Instytutu Wina

O tym winie pisali także:

Winne Okolice

A tu o innych propozycjach 


sobota, 31 października 2020

Riesling z Biedronki. Świetny. Oby zawsze trwało lato!

 Greyrock Riesling Special Edition 2019

Pamiętacie wina "do trzech dych"? To swojego czasu - tak w 2012-2014 roku był przełom. Nie mam na myśli portalu "Do trzech dych", który owe wina popularyzował, ale właśnie owe wina, które wprowadzały w Polsce - na masową skalę - najpierw trzy, potem dwa dyskonty. Łamiąc w pewnym sensie umowy społeczne, ale także łamiąc (choć nigdy pewnie nie zyskamy potwierdzenia) cenowe ustalenia między producentami i importerami. 

To dziś mało ważne. Ważniejsze jest to, że dziś możemy w Biedronce kupić jeszcze więcej win wystawianych pod marką, która jest już troszkę klasykiem - i to z drugiego końca świata - wciąż dostępną za 30 zł (bez grosza)!

Od kilku lat jest dostępny Greyrock Sauvignon Blanc. Incydentalnie pojawił się jakiś Pinot i niedawno Riesling. Z napisem "Special Edition". Udało mi się go dostać w jednej z pobliskich Biedronek. 

I powiem tak: za 30 zł ciężko będzie dostać coś tak dobrego. Zwłaszcza, jeśli priorytetem jest cena i smak/aromat dostępny szybko, już, teraz! 

Co do ceny - w tzw. sklepach specjalistycznych można znaleźć całkiem niedrogiego Rieslinga z NZ, ale tak o 1/4 drożej. W granicach 40 zł. Uwielbiam rieslinga Old Coach Road z Vininovy - ten jest nieco droższy, nieco pełniejszy, jest sprężysty jak moje łydki w roku 1988.

Ale Greyrock to i tak bardzo dobre wino. Ma nieco więcej powietrza, przestrzeni, jest może troszkę bardziej płaskie, ale to wciąż solidny zawodnik, który swoją pewną "wąskością" przypomina niemieckie egzemplarze, ale po dłuższej chwili oddaje tę szeroką panoramę egzotycznego owocu Nowego Świata. 

Wina na 6 (z minusikiem) stopni w skali WINIACZA!

 

 

czwartek, 22 października 2020

Piemont - od M&P - nie musi być drogi!

Massolino Barbera d'Alba 2019


Piemont. To słowo kojarzy się wielu z nas z drogimi - i oczywiście świetnymi - Barolo. Winami wielkimi. Z gron Nebbiolo. Winami smakującymi jak wewnętrzna strona miękkiego paska z brązowej skóry, wiszącego od lat w rodzinnej pakamerze. Albo spoczywającymi w szufladzie. Cierpko, lekko czekoladowo, kostycznie... Uwielbiam! Ale to wina z "dziesiąt",  a czasem i jeszcze więcej euro. Tu nie da się niczego sensownego kupić za mniej niż 150 zł. 

Ale może mały zamiennik - no, nie tyle równoważnik - ale coś jak przedsionek, wstęp, pewna "zajawka" wielkich piemonckich win: Barbera. Oczywiście to nie Nebbiolo, ale grono także dające bardzo dobre wina.

W tym przypadku z sieciowego sklepu M&P, który znajdziecie nie tylko w Warszawie. Wciąż trwa akcja promocyjna na te wina, można je kupić ze zniżką i to ok. 40-procentową. Za 58 zł.

Co tu znajdziemy? Całkiem ciekawe doznania. Beczki nie ma, ale jest owoc, który znakomicie smakuje i pachnie. Broń Boże nie pijcie od razu po odkorkowaniu butelki. Choć to wino na pozór "proste", dotknięte jedynie stalą kadzi, to wymaga cierpliwości. Nalejcie do kieliszka i odczekajcie pół godziny. Poczujecie piękną, aksamitną wiśnię, nuty ciemnej gorzkiej czekolady, echo pieprzu, trochę kurzu na wiejskiej drodze... Poczujecie też lekką i przyjemną kwasowość, niewielkie taniny. Wino będzie pasować do solidnie przyprawionych mięs, ale i do prostej pizzy. i to jest właśnie w Barberze najpiękniejsze!


poniedziałek, 17 sierpnia 2020

Wino z Lidla za 9,99! Warto?

Domaine du Grand Selve Roussanne Pays d’Oc 2018

 

Pierwszy wpis po długim czasie zarazy... I przy okazji urlopowe odkrycie - wino z Lidla za 9,99 zł! Oczywiście dyskont przyzwyczaił nas do różnych okazji i na pewno tak tanie wina gościły (i będą gościć) na półkach, gdzieś obok droższych bordoszczaków. Ale większość znawców ma wdrukowane: wina z dyskontu znaczy tylko tanie i jeszcze "niewarte uwagi!". Skąd tu Domaine du Grand Selve Roussanne Pays d’Oc 2018? 

Wszystko się zaczęło oczywiście od wizyty po "nie-winne" zakupy w sklepie na Warmii. I tu nagle taki oto widok, zdokumentowany na poniższym zdjęciu: 

 

 

Jedno za 14,99 zł, ale jeśli kupisz dwa - to jedno za 9,99 zł! No, białe wino z południowej Francji, w tej cenie... Albo okazja, albo jakiś niewypał. Kupiłem (dwa) i sprawdziłem.

Zwykle Roussanne bywa jednym z dwóch składników win z Langwedocji-Roussillon - spotkamy je kupażowane ze szczepem Marsanne. Kilka lat temu, gdy do stolicy zawitali "terroiryści" z Langwedocji, przywieźli znakomite wina (opisywałem niektóre) właśnie z Roussanne w roli głównej lub przynajmniej drugoplanowej.

Jak smakuje Domaine du Grand Selve Roussanne Pays d’Oc 2018? Od razu po nalaniu do kieliszka czuć lekką cytrynowość, która szybko znika. Pojawiają się białe owoce z dodatkiem pszczelego miodu - zwiewnego, lekkiego, podobnego do aromatu spotykanego w Pinot Gris. W smaku jest całkiem wyrazista kwasowość, ładnie atakująca ślinianki i bardzo, ale to bardzo długi finisz. Całkiem spora, dość "gruba" struktura - wino sprawia wrażenie lekko mięsistego, solidnie skoncentrowanego. Nie ma nawet śladu wodnistości.

Na pewno będzie pasować do drobiu, grillowanej ryby, raczej "chudej", może nawet do takiej przyrządzonej w grzybowym sosie. Na lato dobra propozycja? Za 9,99 zł? Bardzo dobra! Pamiętajcie przed wypiciem schłodzić do 10-12 stopni! 

Solidne 5 punktów w skali Winiacza!


czwartek, 2 kwietnia 2020

Chianti Banfi 2018. Wino, któremu trzeba dać czas

Banfi Chianti = czekać!!!


Mówić o tym, że chianti jest najbardziej niedocenianym winem na świecie jest oczywiście przesadą, ale faktem jest to, że pewna sława ciągnie się za nim od dawna. Tak, tak - mowa o winie, którego nazwę wymawiamy mylnie jako "czjanti" zamiast [kjanti]. 

Bywalcy supermarketów kojarzą je z butelek - pękatych, owiniętych wiklinowymi koszyczkami. Miłośnicy kina z kwestii Hannibala Lectera, który popijając Chianti (leży w Toskanii, w pobliżu Florencji) jadł ludzki smażony móżdżek... Chianti próbowali też na pewno wszyscy turyści, którzy odwiedzali - jak jeszcze było można - Florencję i Toskanię.

Pałeczkę czołowego wina włoskiego dzierży pewnie jednak prosecco i raczej to się nie zmieni, bo na skutek stereotypów i mody uwielbiamy (ja nie) raczyć się włoskimi bąbelkami po 23 zł z aperolem. Ale uwierzcie mi - spróbować dobrego chianti to naprawdę przeżycie! I ja sobie to ostatnio zafundowałem. I to niekoniecznie za dziesiątki euro.

W sklepie Fine Wine na warszawskim Muranowie nabyłem (w ramach wspierania branży winiarskiej w czasach obecnego kryzysu) butelkę Chianti Banfi 2018. I po otworzeniu - tak od razu - lekkie uczucie zawodu. Zrazu stal i kwas. Cierpkość. Potem jednak - po godzinie z solidnym hakiem - zaczęło być ciekawie. Jakby z małej stalowej kulki powstała solidna skórzana, przedwojenna, futbolówka... Ciężka, poważna, barczysta, miękka zarazem na powierzchni, lekko garbnikowa, ściągająca usta swoim muśnięciem. Kwasowość dyskretna - wyczuwalna, ale niezbyt dominująca, nie narzucająca się jak w młodych bordoszczakach. 

Całość oczywiście jeszcze młoda, jeszcze warta potrzymania pewnie z 5-6 lat, ale już pokazująca swoją świetną stronę. Jeśli będziecie kiedykolwiek próbować, nie zapomnijcie o napowietrzeniu, dekantacji (przelaniu w karafkę) albo choćby rozlaniu do kieliszków z pół godziny przed degustacją. Otworzyć, poczekać, poczekać, poczekać... wypić. I cieszyć się tym, czego nie znajdziemy w masie chianti ze słomianych koszyczków.

Chianti na 5,5 pkt w skali Winiacza!