czwartek, 2 kwietnia 2020

Chianti Banfi 2018. Wino, któremu trzeba dać czas

Banfi Chianti = czekać!!!


Mówić o tym, że chianti jest najbardziej niedocenianym winem na świecie jest oczywiście przesadą, ale faktem jest to, że pewna sława ciągnie się za nim od dawna. Tak, tak - mowa o winie, którego nazwę wymawiamy mylnie jako "czjanti" zamiast [kjanti]. 

Bywalcy supermarketów kojarzą je z butelek - pękatych, owiniętych wiklinowymi koszyczkami. Miłośnicy kina z kwestii Hannibala Lectera, który popijając Chianti (leży w Toskanii, w pobliżu Florencji) jadł ludzki smażony móżdżek... Chianti próbowali też na pewno wszyscy turyści, którzy odwiedzali - jak jeszcze było można - Florencję i Toskanię.

Pałeczkę czołowego wina włoskiego dzierży pewnie jednak prosecco i raczej to się nie zmieni, bo na skutek stereotypów i mody uwielbiamy (ja nie) raczyć się włoskimi bąbelkami po 23 zł z aperolem. Ale uwierzcie mi - spróbować dobrego chianti to naprawdę przeżycie! I ja sobie to ostatnio zafundowałem. I to niekoniecznie za dziesiątki euro.

W sklepie Fine Wine na warszawskim Muranowie nabyłem (w ramach wspierania branży winiarskiej w czasach obecnego kryzysu) butelkę Chianti Banfi 2018. I po otworzeniu - tak od razu - lekkie uczucie zawodu. Zrazu stal i kwas. Cierpkość. Potem jednak - po godzinie z solidnym hakiem - zaczęło być ciekawie. Jakby z małej stalowej kulki powstała solidna skórzana, przedwojenna, futbolówka... Ciężka, poważna, barczysta, miękka zarazem na powierzchni, lekko garbnikowa, ściągająca usta swoim muśnięciem. Kwasowość dyskretna - wyczuwalna, ale niezbyt dominująca, nie narzucająca się jak w młodych bordoszczakach. 

Całość oczywiście jeszcze młoda, jeszcze warta potrzymania pewnie z 5-6 lat, ale już pokazująca swoją świetną stronę. Jeśli będziecie kiedykolwiek próbować, nie zapomnijcie o napowietrzeniu, dekantacji (przelaniu w karafkę) albo choćby rozlaniu do kieliszków z pół godziny przed degustacją. Otworzyć, poczekać, poczekać, poczekać... wypić. I cieszyć się tym, czego nie znajdziemy w masie chianti ze słomianych koszyczków.

Chianti na 5,5 pkt w skali Winiacza!

niedziela, 16 lutego 2020

Zapisz się na wino jak kiedyś na książkę!

 Wina z subskrypcji Wine Me



Poliziano Rosso di Montepulciano 2018

Wine Me – nowy winny punkt na warszawskim Muranowie – który już opisywałem, oferuje coś, co od dawien dawna znane było w świecie książki – subskrypcję. Na wino oczywiście.

Idea bardzo fajna – szczególnie dla tych, którzy nie mieszkają w stolicy lub w Krakowie i są skazani na kupowanie wina w zwykłych sklepach oraz w dyskontach – bo przecież poza wielkim ośrodkami miejskimi sklepów specjalistycznych w Polsce nie uświadczysz.

A tu proszę, subskrybent co miesiąc ma szansę na dwie butelki (w cenie 119 zł + 10 zł za przesyłkę; z odbiorem osobistym - bez kosztów), wybranych przez bardzo fachowych sommelierów np. Monikę Bielkę-Vescovi (prezes honorowy stowarzyszenia Kobiety i Wino, wykładowca enologii na wielu polskich uczelniach).


Karton w... kartonie!

Uwaga - wina są znakomicie zapakowane, w specjalnie dla Wine Me zaprojektowany podwójny karton. A każda butelka ma swoją przegródkę. Nie ma mowy, by coś się stłukło. 
 
A tu jeszcze każda butelka w bibułce z logo Wine Me 

Jak to działa? To proste - wszystko jest opisane na stronach Wine Me. Wystarczy wypełnić formularz i wybrać pakiet (lub miks dwóch pakietów). W każdym znajdziemy dwie butelki. Jakie? Trochę uprzywilejowani będą miłośnicy win czerwonych, bo dla takich są dwie wersje: “Gładkie i owocowe czerwone” oraz “Rześkie i charakterne czerwone”. Dla wielbicieli białych pozostaje pudło “Orzeźwiające białe i rosé”.

Projekt ma też walor edukacyjny - do każdej butelki dołączona jest kartka, zawierająca mnóstwo przydatnych informacji: notę degustacyjną, opis regionu, dane techniczne i propozycję parowania wina z potrawami.


Ja miałem okazję spróbować win z lutowego wyboru "czerwone gładkie i owocowe" - bo jakoś tak mnie nastroiła styczniowa aura.
 

Pierwsze wino - włoskie - Poliziano Rosso di Montepulciano 2018 (zdjęcie na samej górze tego posta) to wino głębokie, prawie niefiltrowane, o aromacie wiśni, takich w czekoladzie, wędzonych śliwek, jeżyn i jagód. W smaku piękna tanina i spora kwasowość. Nawet całkiem rześkie! Warto potrzymać ze dwie-trzy godziny, aż się "otworzy" i oczaruje nas pełnią aromatu.


Domaine Le Clos des Lumieres, Cuvee comme autrefois 2015 , Cotes du Rhone AOC
 
Drugie wino pochodzi z Francji, z południa Doliny Rodanu - Domaine Le Clos des Lumieres, Cuvee comme autrefois 2015, Cotes du Rhone AOC. To jest bardziej "szerokie", cieplejsze, bardziej miękkie. Z gron GSM - Grenach, Syrach, Mourvedre. W aromacie czuć łagodne jagody i ciemne jeżyny, może nutkę lukrecji i ziołowość. W smaku jest bardzo przyjemne - ma szorstką taninę, bardzo długi finisz, kwasowość dość niską, ale to absolutnie nie przeszkadza. Całość wydała mi się bardziej welwetowa niż spiczasta, szczególnie po trzech kwadransach po odkorkowaniu. 

Trzymam osobiście kciuki za powodzenie projektu, bo pomysł na wino z abonamentu to coś, co może pomóc w trafieniu wina pod strzechy i pozostaniu tam na dłużej!


poniedziałek, 10 lutego 2020

Ja wiem, że luty miesiącem furminta, ale... jest opozycja!

Bo jest Thummerer Rebus Cuvee Superior 2012!


Luty to tradycyjny miesiąc furminta - węgierskiej odmiany białej, niegdyś znanej jako surowiec do produkcji win słodkich, dziś święcącej triumf jako znakomity substrat win wytrawnych - i tych zwiewnych, i tych czystych, i mineralnych, i tych cięższych (jeśli ktoś przegapi optymalny czas zbiorów)... Jako że jeszcze w styczniu byłem wraz z szanownymi kolegami w Tokaju, to na podniebieniu jeszcze czuję te wytrawne i słodkie wspaniałości!

Ale czasem przychodzi zerwać z tym, co tak namacalne i niedawne. Co świetne na upały, których ani widu, ani słychu. Bo tu u nas wciąż źle. Wciąż wieje, zimno i plucha. I na taką pogodę jest tylko jedna propozycja - furmintowa opozycja: Cabernet Sauvignon, Merlot i Syrah!

Bo te szczepy znajdziemy w Thummerer Rebus Cuvee Superior 2012. Winnica w okolicach Egeru ma ok. 100 hektarów i większość winorośli to szczepy czerwone. W Polsce importerem Thummerera jest krakowski Dom Wina, ale czy znajdziemy u nas Rebusa? Na Węgrzech kosztuje ok. 5 tys. forintów, czyli ok. 60 złotych. Warto?

Też mi pytanie! 27 miesięcy beczki. Kocham to! Tym bardziej, że w nosie wcale nie staje nam dębowa klepka. Mamy piękny głęboki owoc - dojrzałą jeżynę w letni wieczorny dzień. Wanilii jest drobina, echo, lekkie muśnięcie. W smaku ładna kwasowość i długi taniczny finisz. Przy czym garbnik dość wyraźny, podbity ciepłem alkoholu (15 proc.). Całość ładnie wyważona, roztarta - merlot chowa się swoim krągłym owocem między lekko paprykowym Cabernetem a mocą Syrah.

Powiem wam tak: to wino przyciąga ze sobą słońce. I sprawi, że od dziś będzie już tylko cieplej. Tak, byśmy mogli znów zatęsknić za wspaniałymi furmintami!


poniedziałek, 6 stycznia 2020

Śniegu nie ma, ale wino na zimę jest: rioja! Wzorcowa!

Marqués de Riscal Reserva 2015

W wersji mrocznej...

Przyznam się, że z odejściem ciepłej jesieni porzuciłem niemal całkowicie białe wina. No, było tam może jakieś lodowe i oczywiście bąbelki na powitanie Nowego Roku (ale nie szampan), ale to się nie liczy. Moim ulubionym winem tego sezonu stała się rioja. Czerwona.

To hiszpański klasyk, który na Półwyspie Iberyjskim jest elementem tradycji, a i w Polsce cieszy się sporym zainteresowaniem (no, niestety, po Primitivo). Czerwona Rioja powstaje głównie z gron tempranillo, ale też dochodzą czasem inne szczepy: graciano, mazuelo, garnacha tinta. 

Ostatnio poluzowano wymogi dotyczące Riojy - co pociągnie za sobą pewne znaczące zmiany. Jedną z nich jest możliwość produkowania win z małych parcel, "terroirystycznych", w uproszczeniu mówiąc: oryginalnych, nie posiadających tak mocnego wspólnego mianownika jak tradycyjne wino.

Ale wątpię, by zalały nas zaraz indywidualistyczne okazy. Oczywiście żałuję i czekam na te chwile. Ale na razie jestem skazany na bardziej anonimowe okazy polskich importerów. Choć teraz sporo radości przyniósł mi jeden z rojańskich wzorców metra - Marqués de Riscal Reserva 2015. Tę butelkę przywiozła z wakacji w Hiszpanii córka.

Jest tu to wszystko, za co Rioję uwielbiam - za tę ogromną zdolność ewolucji, która pozwala odsłonić różne oblicza, a nie prowadzi (jak w przypadku wielu win) na manowce i w pustkę. 

Otwieram i jest najpierw to, z czego czasem drwią miłośnicy win robionych w li tylko w stalowych baniakach: słodkawy atak, aromat wanilii i lukrecji, przysłaniające nieco owoc (dwa lata w beczce z dębu amerykańskiego, potem rok w butelce). Ale po dwóch kwadransach mamy pierwszy zwrot: wychodzi piękna wiśnia, lekka czarna porzeczka, z nutą balsamiczną, z dużą jeszcze kwasowością, ale już gładką - zeszlifowaną niczym powierzchnia głowicy magnetofonowej - taniną: drobną jak talk. Nazajutrz, w "winie dnia drugiego", pozostają już tylko nuty przywodzące na myśl krzepkie, może jeszcze za świeże bordoszczaki - do czerwonej lekkiej wiśni dochodzi szczypta papryki, pieprzu, kwasowość wciąż trzyma to wino mocno w garści.

Oczywiście, pamiętajcie, Rioja niejedno ma imię - w polskich sklepach do 30 zł zazwyczaj można dostać albo bezsmakowce, albo przebeczkowane potworki (lubię beczkę, często mocną, ale bez przesady). Za Marqués de Riscal Reserva 2015 trzeba dać w Polsce ponad 100 zł, importerem jest Vininova.


...i w wersji jasnej